Jesteśmy permanentnie mokre, rowery też. Rzeczy, które nieopatrznie wyprałyśmy w Chinach, od kilku dni nie mogą wyschnąć i z naszych sakw wydobywa się smrodek stęchlizny. Pada. Leje. Kap, kap, kap. Z początku nic nie zapowiadało nieszczęścia. Granicę przeszłyśmy sprawnie, cały dzień zjeżdżałyśmy z górki, zza chmur nieśmiało błyskało słońce, mijałyśmy domki ze słomy, ludzie nam przyjaźnie machali, nikt na nas nie trąbił, choć na zakrętach były znaki z nakazem trąbienia – po Chinach, które wydawały się nie mieć końca, wskoczyłyśmy do innego świata i Laos wydawał się łagodnym rajem. Jednak już kolejnego dnia, wraz z pierwszymi kroplami deszczu, raj się skończył. Padało, padało, padało. Asfalt zamienił się w błotko, po pełnych kulinarnych radości Chinach nasza baza żywieniowa skurczyła się do wspomnianych bananów i mleka sojowego, co gorsza, odkryłyśmy, że w czasie podróży nasza odporność na alkohol obniżyła się tak drastycznie, że jedno beer lao wypite na spółkę sprawiło, że ze smakiem pałaszowałyśmy słoninę, myśląc, że to chrupki kukurydziane. Beer lao jest trunkiem narodowym, pewnie też ono pomaga Laotańczykom w osiągnięciu stanu leniwego slow motion. Nam jednak ich relaks nie chciał się udzielić – do odlotu miałyśmy coraz mniej dni. Kap, kap, kap. Polka mokra to Polka zła.
Do tego było nam głupio, że Laotańczycy takie czyściochy, nie przegapią żadnej okazji okazji do wzięcia prysznica – czy to w rzece, czy w przydrożnym kraniku, wszędzie widać pluskających się ludzi. My zaś przypominałyśmy bagienne stwory z kamuflażem z błota. Kap, kap, kap. Mała przerwa na Luang Prabang, żeby się trochę wysuszyć. Europejczycy, którzy nieopatrznie przyjechali tu poza sezonem, snują w zielonych oparach opowieści o tym, jak oddają światu otrzymane dobro. Kap, kap, kap.
Żeby nie było, że tylko grymasimy. Laos jest fajny. Ludzie są uśmiechnięci, pomagają. Świątynie ładne. Dżungla jak z księgi dżungli. Dobrzy milicjanci, którzy przenocują na komendzie ludzi w potrzebie. Tylko nam to wszystko trochę deszcz zasłaniał. Wrócimy tu kiedyś, ale po porze deszczowej. Kap, kap, kap.
Brawa za odwage i taka wspaniala przygode. Prosze o zdecydowanie wiecej i bardziej szczegolowo bo czuje niedosyt opowiesci! 🙂