Desert Sessions

Miasta mają to do siebie, że zawsze zostajemy w nich dłużej, niż planowałyśmy. Rozkosze cywilizacji, takie jak bieżąca woda, restauracje i sklepy, a przede wszystkim możliwość wylegiwania się cały dzień z przerwami na jedzenie, działają na nas jak narkotyk – chcemy więcej i więcej. Nie inaczej było z Kaszgarem, w końcu jednak nadszedł czas, aby ruszyć w dalsza drogę i spotkać się z Małgosią, która czekała na nas w Hotan. Dzieliło nas 500 km – przez pustynie. Po rozważeniu rożnych za i przeciw, oraz upewnieniu się, ze po drodze nie zginiemy z pragnienia, bo jest kilka miast, oaz i stacji benzynowych, postanowiłyśmy zaryzykować. Ruszyłyśmy prosto do rozgrzanego piekła.

Czego, oprócz braku wody bałyśmy się najbardziej? Burzy piaskowej. W związku z tym, zgodnie z wszelkimi prawami Murphy’ego, trafiłyśmy na nią już pierwszego dnia. Po przejechaniu 100 km absolutnego bezludzia trafiłyśmy na straganik z brzoskwiniami. Przysiadłyśmy tu na chwile, dostałyśmy czaju i chleba, i tu dorwała nas burza. Wiatr porozrzucał krzesła, wszystko zasypał piach, na to jeszcze przyszedł deszcz. Niezbyt wymarzona pogoda na pierwsze po kilkudniowej przerwie pedałowanie. Na szczęście nasi przypadkowi gospodarze okazali się dobrymi muzułmanami, zostałyśmy przygarnięte pod dach, a gdy zaszło słońce i Allah poszedł spać, również nakarmione. Tak wiec przeżyłyśmy, hurra!

Po gwarnym Kaszgarce pustynia była innym światem. Dobre miejsce na dumanie. Myśli biegną sobie szeroko, swobodnie, nic ich nie rozprasza. Nie ma tu na czym skupić wzroku, nic nie przyciąga uwagi. W takim miejscu można przeanalizować cale swoje życie i obmyslec tysiąc planów na przyszłość. A potem myśli uciekają gdzieś w przestrzeń, i jedzie się przed siebie z pusta głową, tracąc poczucie czasu.

Można tez zapomnieć o tym, gdzie się jest. O tym, ze to Chiny, przypominają tylko znaki drogowe z literami – krzakami. Mijane miasta wyglądają jak arabskie, oazy ze swoimi glinianymi domkami przypominają Afrykę. Chińczyków jest niedużo (jeszcze!), spotykamy głównie Ujgurów. Nowe miesza się tu ze starym, skutery i tuk – tuki trąbią na wózki, ciągnięte przez konie i osły.

Z Ujgurami mamy problem. Przez to, ze wyglądem, religia czy zachowaniem przypominają mieszkańców poprzednich krajów, są tak samo gościnni i hojni, ciągle się zapominamy i oczekujemy, ze dogadamy się z nimi po rosyjsku. A tu nic. Po raz pierwszy w tej podroży spotykamy się z taka bariera komunikacyjna. Po Stanach, gdzie mogłyśmy zapytać o wszystko, jest to dla nas dość ciężkie. Gdy któregoś dnia minęłyśmy kilkadziesiąt wozów bojowych, jadących w stronę Kaszgaru, aż korciło żeby zaczepić po drodze jakiegoś dziadka i wypytać go, jak to tutaj jest. Niestety, naszych umiejętności ledwo starcza, żeby zapytać się o najprostsze sprawy – gdzie możemy bezpiecznie rozbić namiot, czy po drodze będzie stacja, a jeśli tak – za ile km. Agata osiąga wyżyny kunsztu w mowie ciała, ja wspieram ja rysunkami pomocniczymi, ale o życiu już sobie z tubylcami nie pogadamy. Straszna szkoda, ze patrzymy na ich świat z zewnątrz, niewiele z niego rozumiejąc i nie mogąc do niego wejść.

Dni na pustyni zlewały się nam jeden z drugim – wczesnym rankiem pobudka, w południe poszukiwanie cienia – upal zwala z nóg, i nie jest to bynajmniej przenośnia, jedyne, na co miałyśmy wtedy sile to przewrócić się z jednego boku na drugi i drzemać dalej. Świat ożywał trochę wieczorami – jest Ramadan, wiec życie zaczyna się po zachodzie słońca. W miastach wszyscy wyruszają na jedzenie, na trasie – zatrzymują samochody na poboczu i razem się modlą. I każdy kolejny dzień taki sam. Gdy już myślałyśmy, ze tak będzie zawsze, nagle zrobiło się zielono, i nie przestawało po kilku kilometrach. Niespostrzeżenie dla nas samych wjechałyśmy do Hotan, gdzie czekała stęskniona (tak przynajmniej twierdziła) Małgosia.

A na koniec jeszcze z ciekawostek co u nas – po drodze byłyśmy już brane za Amerykanki, Niemki, Rosjanki i sam Allah wie, kogo jeszcze. Teraz jednak nadszedł czas na coś zupełnie nowego. Otóż jesteśmy brane za ni mniej, ni więcej, a za Pakistanki. Można i tak.

wpis 3_4 wpis 3_3 wpis 3_2 wpis 3

Reklamy

Kashgar time

Przyjechałyśmy do miasta po dwóch miesiącach pedałowania po bezdrożach. W krajach stanach na palach jednej reki mogłybyśmy policzyć miejsca, gdzie żyło więcej ludzi. Nawet stolic Uzbekistanu i Tadżykistanu nie traktowałyśmy poważnie. Taszkient przytłaczał nas wielkością, rozmachem, upalem i brakiem ludzi. Dlaczego brakiem? pewnie tam mieszka z milion ludzi, ale ni widać nikogo na ulicach. Władze zakazują masowych spotkań, młodzi nie maja swoich miejsc spotkań a złapani wieczorami przez milicje mogą trafić na izbę wytrzeźwień nawet na dwa tygodnie. Na ich miejscu tez bym siedziała w domu. Duszanbe dla nas było miejscem odpoczynku, a samo centrum przypominało przedmieścia dużego miasta. Wszędzie było zielono i przyjemnie, czas wolno tam płynął. Chorog i Osz gdzieś miało swoje własne życie, Murgab resztkami sil wabiło przejeżdżających turystów.

I w końcu Chiny i Kaszgar.

Sprawdziłyśmy gdzie leży to miasto i wyszło, ze na pustyni. Dobra- będzie gorąco. Przywita nas także wielkomiejski zgiełk, korki i wielki smog nad miastem- tak to sobie wyobrażałyśmy.

Kaszgar przywitał nas deszczem. Nie było zgiełku i smogu. Jest Ramadan. A my dotarłyśmy do miasta popołudniem. Znaki po chińsku, ujgursku i po angielsku (!). Zadowolone przebiłyśmy się przez przedmieścia, czyli wielki plac budowy i dotarłyśmy do centrum. I jeszcze bardziej zadowolone początkowym sukcesem zapytałyśmy o drogę do hostelu. I wszystko się wyjaśniło, a raczej zaciemniło- nikt nas nie rozumie…. Przyzwyczaiłyśmy się już do tego, ze w Stanach (czyli wszystkich krajach, w których byłyśmy do tej pory :)) przynajmniej co drugi obywatel wskaże nam drogę i wyjaśni wszystko po rosyjsku- tutaj nie ma takiej opcji. Przez następne dwa miesiace będziemy musiały nauczyć się pokazywać wszystko, czego potrzebujemy. Będziemy musiały nauczyć się tez myślenia chińskiego, żeby to, co pokazujemy było zrozumiale tutaj….Jak się okaże już za chwile, Kaszgar był miejscem, gdzie jeszcze rozumieją cudzoziemców, z racji tego, ze przewijają się tam wszyscy backpackersi zmierzający do Azji centralnej.

W końcu dotarłyśmy do hostelu, gdzie miała czekać na nas już Goska. Miala czekać z kwiatami i dobrym słowem a nie czekała. Hmmm… dzwonimy! Telefon nie działa. Szybka burza mózgu i jest! sprawdźmy maile i wiadomości na Facebooku! Facebook nie działa….Namówiłyśmy Pania w hostelu, żeby obdzwoniła pół Kaszgaru w jej poszukiwaniu- nie ma jej. Zrezygnowane i zmęczone stwierdziłyśmy, ze w nocy już nic nie zrobimy i od rana będziemy dzwonić do ambasady i poszłyśmy się rozpakować. I wieczorem dostałyśmy spóźnioną wiadomość od Goski- żyje! Motocykliści mieli problemy na granicy i im się przedłużyło ( kto ich nie miał!). Będzie jutro. Kolejna lekcja dla nas: W Chinach nie będzie tak łatwo.

Wróćmy jednak do miasta. Ruch w centrum zaczął się dopiero po zmroku. Duży ruch. Samochody, tuktuki, uliczne kramiki, wszystko ożyło. Czy proporcjonalnie do ilości ludzi wzrastała tez nasza niechec do nich? otóż nie. W całym tym natłoku można odnaleźć swoisty spokój. W Azji Centralnej taka ilość osób na jednym skrzyżowaniu z pewnością pozabijałaby się w pól godziny. Tutaj jest umiarkowany porządek i jeśli ktoś na Ciebie trąbi, to tylko po to, żeby oznajmić,ze nadjeżdża. Bazary, jakie tylko zapragniesz; zwykły, nocny, niedzielny. Mozna dostać tam wszystko: od jedzenia przez ujgurskie instrumenty muzyczne po chińskie ubrania. W centrum miasta trochę straszy i trochę zaprasza stare wesołe miasteczko. Pamięta pewnie stare czasy, gdy tutejsi Ujgurzy pomykali rowerami zamiast na wszechobecnych dzisiaj skuterach. Ze szczytu diabelskiego młyna można zobaczyć cale miasto i to jakim jest kontrastem. W samym sercu stare, które kurczy się nieustannie ustępując miejsca placom budowy. A nad nim wysokie budynki- nowe i jeszcze nowsze, świecące w nocy wszystkimi kolorami tęczy. Chińczycy chyba lubią kicz. Sprawdzimy to później….Nowe budynki powstają szybko- tutaj pracuje się 7 dni w tygodniu. Czy szybko znaczy dobrze? My się nie znamy na tym, ale właśnie tutaj dostałyśmy mała lekcje o architekturze od innych – tez obcych w tym państwie- turystów. Od kogo?

Belgijscy rowerzyści jada w przeciwna stronę i akurat przypadkiem spotkaliśmy się w tym samym hostelu. Nie naszym zadaniem miało być opisywanie życia podróżników, bo to inny świat, który często nijak się ma do tego świata w którym się podróżuje (a może pokusimy się o osobny wpis, ale to później). 15 centymetrów ponad chodnikami zwykłych śmiertelników przewijają się turyści z przewodnikiem w reku i biegną dalej. W chinach my pewnie razem z nimi, bo nie będziemy rozumiały tego świata. Chłopacy z onwheelsproject nie tylko pedałowali przez Chiny ale także próbowali zrozumieć ten świat i tutejsza architekture. I opowiedzieli nam o tym, ze ten ogromny plac chińskiej budowy, którego namiastkę dopiero zobaczyłyśmy, pewnie legnie w gruzach tak szybko jak powstał. Błędy popełniane w Europie kilkadziesiąt lat temu, tutaj są powielane. Ale chyba taka kolej rzeczy, ze trzeba uczyć się na własnych błędach.

W każdym razie zarówno Chińczykom jak i chłopakom życzymy postępów na drodze 🙂

Chińczykom czy Ujgurom? Bo jesteśmy w prowincji gdzie żyje mniejszość ujgurska. Tutaj zdecydowana ich większość. Przypominają o tym liczne patrole policyjne w całym mieście. Dlaczego? Ujgurzy to dość niespokojny naród i często dają się we znaki chińskim władzom. Tak często, ze jakiś czas temu cala prowincja na rok została pozbawiona internetu- żeby nie wszczynać zamieszek. Profilaktyka na nic się zdaje, bo cały czas można usłyszeć o zamieszkach w rożnych częściach prowincji. My lubimy Ujgurów, bo są spokrewnieni z poprzednimi narodami, które odwiedziłyśmy. A co do zgiełku i smogu, to poczujemy jego smak tak naprawdę dopiero w Hotan, mieście na środku pustyni, gdzie wydawać by się mogło, ze nie dzieje się nic. Kaszgar przy tym to prawie europejskie miasto. Ale o tym w następnym odcinku…

Zbieramy się i wyruszamy w jeszcze większe Nieznane- pustynie. Do Hotan to tylko 500 km…

 2 kashgar time

Pozdro!

Kobieta wśród mężczyzn

Przekraczanie granicy należy do jednych z moich ulubionych czynności podczas tej wyprawy. Nigdy nie wiesz kiedy i za co dziewczyny cie zhandlują. Za paczkę ciastek. Tylko tym razem to dziewczyny musiały dopłacić, bo kto chce nabyć wybrakowany towar;) Sprzedana. Grupie motocyklistów z Polski, której tyły zamyka niezniszczalne 20 letnie Mitsubishi. Jest z nimi jeszcze Musa – ujgurski przewodnik (w Chinach zmotoryzowane grupy muszą mieć chińskiego opiekuna). 5 motocyklistów, 2 kierowców, 1 przewodnik, 1 kobieta – zgadza się. Możemy jechać. Ale jadąc w samochodzie z trzema facetami o najnowszych trendach w modzie sobie nie pogadasz:P Początkowo miałam wrażenie ze chłopcy mówią po chińsku, ale jak już zaczęłam odróżniać GS od DTR poszło duzo łatwiej 🙂

No dobrze, ale co robi kobieta wśród mężczyzn?:

– jeździ na motorze – tzn. sama nie prowadzi motoru, bo nie potrafi (a takie to podobne do roweru:P), ale jako pasażer już tak:) Kask, kurtka motocyklowa i obowiązkowo ochraniacze na kolana:P GS BMW. 5-6 sekund do setki. Pojemność? Yyy, kolor biały:) szybko i wiatr we włosach. Przyjemnie. Choć jak są długie proste odcinki to bywa równie nudno jak na rowerze:P

Właśnie, motory. Robią niesamowite sensacje w każdym miejscu gdzie się zatrzymujemy. Momentalnie zbiega się kilkunastu Chińczyków albo i więcej i oglądają. I dotykają (dopóki nie sięgnie ich karcące spojrzenie któregoś z chłopaków). I się dziwią. Bo tu prawie wszystkie skuterki napędzane są prądem (tzw. cicha śmierć, nie słychać jak nadjeżdżają). A że GS BMW to naprawdę duże maszyny, do tego obładowane kuframi, to Chińczycy dziwią się jeszcze bardziej. Natomiast motocykliści maja zaskoczone miny podczas pierwszego tankowania na chińskiej stacji – otóż motory tankuje się przy użyciu czajników a nie dystrybutora – 5 motocykli i stacja zablokowana na co najmniej pól godziny, szczególnie gdy do dyspozycji jest tylko jeden czajnik:)

– gotuje – wiadomo ze jak w planach jest biwakowanie to obowiązki kuchenne przypadają kobiecie. Bądź tu mądra i nakarm 7 chłopa po całym dniu jeżdżenia na motorze 😉 Miało być spaghetti. Szlo dobrze, dopóki nie zaczęliśmy gotować chińskiego makaronu (celowo używam liczby mnogiej coby rozmyć odpowiedzialność:P). Otóż ten makaron podczas gotowania niezauważalnie przechodzi w stan papki. Niezauważalnie, bo gotowałam go dwa razy nie spuszczając wzroku z garnka choćby na sekundę. Nagle robi się papka nie do zjedzenia. Ale jest sos, są lepioszki, jest kolacja, jak ktoś jeszcze głodny.

– wypoczywa – i to wygodnie, zajmując znacznie więcej miejsca niż przysługuje to jednemu pasażerowi, ale na moje usprawiedliwienie mam „wodę” w kolanie:P A przestrzeni w samochodzie i tak za dużo nie ma – cały wypakowany jest torbami, narzędziami, zapasowymi oponami i prowiantem. Na samym wierzchu jeszcze mój rower, arbuzy i mendel jajek, który mnie stresuje, ze bez naszej pomocy prędzej czy później stanie się jajecznica.

Kobieta wypoczywa tez podczas chińskiego masażu stop:) tylko trochę się głupio robi, gdy masujący mnie Chińczyk robi coraz większe oczy widząc kolejne moje siniaki i strupy na nogach i rekach. Nie wszystkie kobiety w Polsce tak wyglądają – ale chyba mi nie wierzy… Natomiast chłopcy od czasu do czasu maja niewyraźne miny, gdy drobne Chinki niczym Steven Segal ratujący samolot z rak porywaczy na filmie, który leci w tle, nie maja litości dla ich stop:)

– zwiedza – przełęcz Khunjarab Pass na której jest granica Chin z Pakistanem. Jadąc droga rozpościera się piękny widok – z jednej strony mój ukochany Pamir, z drugiej Karakorum. Biwakujemy nad jeziorem KaraKul z widokiem na MuztaghAte (7546m n.p.m.), czyli Ojciec Lodowych Gór. Obok drugi siedmiotysięczny Kongur (7719 m n.p.m.) Ponoć z „Agaty” himalaiści zjezdzaja na nartach, choć nie wiem czy nie zostałam naiwnie wkręcona.. 😛

Zwiedza i poznaje lokalne „garkuchnie”. Poszliśmy raz w trojkę na obiad. Chcieliśmy zjeść zupę z kurczaka, dla mnie bez jajka w środku (uraz do jajek po poprzednich krajach jeszcze trwał). Po 10 minutach tłumaczeń przy użyciu słownika angielsko – chińskiego oraz pokazywania w kuchni składników z których chcemy zupę, udało nam się złożyć zamówienie. Tzn tak myśleliśmy. Przypomnę jeszcze: zupa z kurczaka, dla mnie bez jajka. Dostaliśmy: zupę z wodorostów, jajecznice i kurczaka. Nie żałowaliśmy:)

– czeka – „porzucona” przez facetów po kilku dniach i przejechaniu ok 1500km, czeka w mieście Hotan na dziewczyny, które dzielnie pokonują pustynie Taklamakan.

Na koniec jeszcze raz DZIĘKUJĘ chłopcom za pomoc, opiekę i możliwość regeneracji sil w tak miłym towarzystwie.

Szczególne podziękowania dla Sambora i Rona;)

wpis 1 wpis 1_1 wpis 1_2

Kirgiski koniec, chiński początek

Każda ręka ma piec palców, ludzie są różni, i różne są kraje. Akurat Kirgistan był dla nas dość pechowy. Po leniwym pobycie w Osz wyjechałyśmy do Dzalalabadu, skuszone opowieściami o tamtejszych gorących źródełkach. I gdy nasz cel był tuz-tuz, i wystarczyło tylko zjechać do miasta z górki, przydarzyło się nam nieszczęście. Na jednym z zakrętów rower Gosi postanowił się wywrócić. Skończyło się na zadrapaniach i obiciach, niestety to w kolanie skutecznie ja unieruchomiło. Zostałyśmy przygarnięte przez przemiła rodzinę, która pozwoliła nam wypoczywać u siebie tak długo, jak tylko chcemy. Tak wiec dwa dni minęły nam na oglądaniu łzawych kazachskich seriali. Dłużej nie dałyśmy rady, wybuchłyby nam głowy. Przesiadłyśmy się wiec z rowerów na ciężarówki, udało się nam w ten sposób zwiedzić jeszcze źródełka w Dzalalabadzie i orzechowe lasy w Arslanbadzie, wypiłyśmy po drodze morze kumysu (nie będziemy za nim tęsknić) i to by było na tyle, jeśli chodzi o Kirgistan. Ruszyłyśmy na Chiny.

Każda z nas miała oczywiście przed wyjazdem jakieś wyobrażenia na ich temat, jednak tak naprawdę były i są one dla nas wielką niewiadomą. We wszystkich mijanych przez nas krajach co jakiś czas przewijał się wątek Chin, aż w końcu te opowieści urosły w naszych oczach do rozmiarów pamirskiej legendy. Legendy o ziemi obiecanej, mlekiem i miodem płynącej. No bo tak. W Uzbekistanie brakuje części rowerowych? Spokojnie, w Chinach będą. Kuchnia tadżycka mało różnorodna? Nie martwcie się dziewczyny, w Chinach zjecie wszystko. W naszym palniku brakuje uszczelki i pluje ogniem na wszystkie strony? Przecież w Chinach dostaniemy je na każdym rogu. I tak ciągle. Dlatego byłyśmy już strasznie ciekawe tego kraju wszelakiej obfitości. Rzucając ostatnie tęskne spojrzenia na kryjący się za ośnieżonymi górami Tadżykistan, opuściłyśmy stary dobry Związek Radziecki, i ruszyłyśmy w Nieznane.

Na granicy kirgiskiej los się do nas uśmiechnął. Spotkałyśmy grupę polskich motocyklistów, za którą podążał samochód z osobistym lekarzem. Niewiele myśląc, za paczkę ciastek sprzedałyśmy im Małgosię. Spotkamy się z nią za kilka dni, i mamy nadzieję, że będzie mogła już żwawo pomykać z nami na rowerze.

Pierwsze spotkanie z Nieznanym nie było łatwe – Chiny wcale nas nie chciały. Przyjechałyśmy na granice po południu, celnicy zabrali nam paszporty i łamanym angielskim wyjaśnili, ze tego dnia już nigdzie dalej nie pojedziemy. Możemy przenocować w przygranicznym hotelu lub rozbić namiot, choćby i na środku drogi. I nie ma dyskusji. Zresztą jak tu dyskutować, rosyjski już się tu nie przyda. Okazało się, ze jakieś 150 km za ta granica jest jeszcze jedna granica z urzędem celnym (komu szkodzą dwie granice, w końcu to kraj obfitości), i prawo wymaga, żeby przekroczyć je obie tego samego dnia. I to jeszcze nie na rowerze. Do tego granice działają wg czasu pekińskiego, który rożni się 2 h od miejscowego, no i przerwy obiadowe. Chaos na całego. W ramach protestu rozpaliłyśmy naszą plującą ogniem kuchenkę tuż koło budki pograniczników, jednak nikt się tym nie przejął i przyszło nam nocować w tym mało urokliwym miejscu. Z samego rana pogranicznicy złapali pierwszy nadjeżdżający samochód, nakazali kierowcy przewieźć nas i rowery do kolejnej granicy, oddali paszporty i z grzecznymi uśmiechami pożegnali. Ruszyłyśmy w Nieznane.

 

1

Nie dokarmiać!

jechałyśmy z tej dużej górki zwanej Kizil art i same nie mogłyśmy uwierzyć: Zielono!

Czyli jednak to prawda! Wszyscy po drodze nam mówili, ze będzie zielono, ale przecież przekroczyłyśmy tylko wymyślona przez człowieka granice. Nie inaczej było- zielono. Po miesiącu w wysokich górach, gdzie zielona była co najwyżej herbata ( tej akurat nie zabrakło nigdy :)), na widok zielonych wzgórz uśmiechnęłyśmy się szeroko. Więcej życia, więcej ludzi!. Dojechałyśmy do pierwszej wioski a potem już tylko przełęcz Taldyk pass, z górki, jeszcze jedna przełęcz (Czyrczykpass) i dluuuuuugi zjazd do wymarzonego miasta Osz. Przepraszamy przy okazji przydrożnych gospodarzy, którym zjadałyśmy brzoskwinie z drzew-były pyszne 🙂

Więcej życia wcale nie wyszło nam na dobre. Od samego początku podejrzanie dużo dzieci podbiegało do nas przyjaźnie machając i krzycząc :”hello”. Po Pamirze, gdzie dzieciaki nieśmiało patrzyły na nas, tutaj zdziwione przyjaźnie odpowiadałyśmy. Nie wytrzymałyśmy jednak, gdy zaczęły się długi wioski wzdłuż pamirskiej drogi a w nich gromadki dzieci krzyczące: „Turist! Jest foto? jest snickers?”. No tak, pamirska highway- pomyślałyśmy wszystkie. Niestety, jest to wina bezmyślnych turystów, którzy przejeżdżają tutaj z kilogramami słodyczy. Mądre przewodniki mówią, żeby coś zabrać dla dzieciaków a najłatwiej dać lizaka albo cukierka. Zapominają jednak, ze tutaj nikt raczej nie dba o zęby, dentysta daleko a jedyne, czego dziecko się nauczy to to, ze za samo bycie dostanie z nieba nagrody. Wiec apelujemy do wszystkich: NIE DOKARMIAC! Zepsujecie dzieciom zęby i ich charaktery!

Nie chciałabym wrócić tutaj za 20 lat i spotkać ludzi, których turyści nauczyli zerować na nich samych. Niestety, im dalej na południe, tym gorzej będzie….

Co do samych Kirgizów, to pozostaje pytanie, co z tym schodzeniem z konia 🙂 czy Oni już naprawdę z nich zeszli? Jeżeli wrócimy do Tadżykistanu na chwile, to Kirgizi, których spotykałyśmy- a jest ich większa mniejszość od Murgabu aż po granice-to są to przede wszystkim pasterze. O tak! Czabany są fajne! Taki Czaban ma mądrość wyryta w zmarszczkach na twarzy- od wiatru, chłodu i ciężkiej pracy. Prostota życia wcale nie odbiera im intelektu. Mało mówią, ale i tak najwięcej prawdy życiowej usłyszałyśmy od nich. Koni nie mieli ale byli tak dostojni, ze pewnie tylko brak trawy w Pamirze przeszkadzał im w posiadaniu własnych wierzchowców. Z tej dostojności nawet my miałyśmy poważniejsze miny i mówiłyśmy mądrzejsze rzeczy 😉

Siedząc w Osz natomiast można by pomyśleć, ze o koniach przypomina im tylko namiętnie pity kumys. Sami jednak, może od słońca, jakby utracili na dostojności. Plączą się w upale miedzy bazarem a reszta miasta i chyba czekają na zimniejsze czasy. Nie wiemy. Może upal nas zmęczył tutaj tez- my tez nie jesteśmy już dostojne 😛

Kirgiz pogranicznik powiedział nam, ze tak jak ręka ma piec palców i każdy inny, tak można spotkać pięciu ludzi i każdy będzie inny. W Tadżykach zakochałyśmy się od razu, Kirgizi nas jeszcze nie przekonali do siebie. Czekamy na na resztę palców…

DSC_3303b

Tam dobrze, gdzie nas nie ma

To był jeden z najgorszych podjazdów z naszej podroży. Przeklinałam wszystkich przez ostatnie 50 km w Tadżykistanie, wiec jeżeli Tobie tez sie oberwało czytelniku drogi, to przepraszam :). Mowa oczywiście o drodze znad jeziora Karakul nad przelecz Kizyl Art. Zaczelo sie niewinnie i leniwie nad jeziorem. Z jednego popołudnia odpoczynku zrobiły sie dwa- jak to sie dzieje, nigdy nie wiemy. Tym razem wiedziałyśmy: Goski (czyli Ewy, ale to juz chyba wszyscy wiedza) urodziny staly sie lokalnym międzynarodowym wydarzeniem, Pierwszego wieczoru odśpiewano jej po hebrajsku „sto lat” (tak nam sie przynajmniej wydaje) i przekazano prezenty kirgiskie z rosyjskim akcentem ;). Drugiego dnia zatrzymała nas nad jeziorem polska wycieczka- nie można było odmówić! (Góra z górą sie nie zejdzie a człowiek…). Argumentem tez były m.in urodziny Goski. Żal było wyjeżdżać, ale wiatr ponoć nam sprzyjał. Ponoć, bo za pierwszym zakrętem okazało sie, ze juz sie obraził na nas i tak przez następne kilometry. Podczas pedałowania w górach najgorsze nie sa same góry tylko ten cholerny wiatr! Tych kilometrów nie było dużo, ale jak juz w końcu wdrapałyśmy sie na gore i zobaczyłyśmy budki przygraniczne, wiedziałyśmy ze nie ruszymy sie dalej ani na krok. Nie wiedziałyśmy tylko, ze okoliczności będą tak sprzyjająco- niesprzyjające. W pierwszej budce na przeleczy mieszkają celnicy. Można by pomyśleć, ze granica. Niby tak, ale celnicy sa celnikami GBAO (czyli obszaru Górnego Badachszanu) a nie przygranicznymi, jak sie później okazało. Malo nas to obchodziło. Mieli herbatę, wiec zostałyśmy. Po herbacie na stole pojawił sie plow i arbuz, wiec nie bylo mowy o wyjeździe. Poza tym zaczął padać snieg (!), wiec tylko pokiwałyśmy twierdząco na propozycje Szczęśliwego przenocowania u nich. Dlaczego Szczesliwy? Poznalysmy w samym Pamirze mnostwo ludzi, ale nie pamiętamy ich imion. Kojarzymy ich raczej z miejsc albo po tym, co zrobili. Na granicy za to chlopacy wyjasnili nam po rosyjsku znaczenia ich imion, dzieki czemu z latwoscia je zapamietalysmy a sam Szczesliwy to taki ich szef, Pamirczyk. czterosobowa grupa skladala sie z mieszanki pamirsko- tadzycko-kirgiskiej, ktora rozmawiala ze soba w tych trzech jezykach i rosyjskim ( ja sie pytam, kto z Was zna plynnie 4 jezyki?). Co jakis czas zagladali do nas chlopacy z policji antynarkotykowej (tam byl
Zloty ) a takze innych sluzb. Dowiedzialysmy sie, ze niestety Tadzykistan rzeczywiscie jest tranzytem narkotykow z Afganistanu do Rosji i dalej. Zadna to nowa informacja dla nas, ale jednak smuci taki
potwierdzony fakt. Nie chcialysmy tego sluchac, dlatego ucieszyl nas wieczor filmowy i waleczne „Braveheart” po rosyjsku. Swoja droga chlopcy tutaj bardziej przezywaja romantyczne sceny i glosniej
spiewaja romantyczne piosenki niz dziewczyny – ach ten narod :). Celnicy z granicy nie odbiegali od tej normy. Sami tez lubia swoj kraj. Szczesliwy chcialby podrozowac, ale na pytanie gdzie zyc stanowczo odpowiedzial, ze w Chorogu (czyli tam, skad pochodzi). Dlaczego nie gdzie indziej? i tu Zloty rzucil zlota maksyma: „tam dobrze, gdzie nas nie ma”. Do przemyslenia….Od nich tez dowiedzialysmy sie, ze droga z Karakul do granicy nazwana jest „Droga smierci”. Tam akurat nas juz nie ma i nie jest dobrze! Gdy juz przestal padac snieg, czyli nastepnego dnia, wsiadlysmy na
rowery i pojechalysmy dlaej, czyli….. na prawdziwa granice. 100 metrow dalej. Pol godziny odmawialysmy kolejnych herbat i obiadow az w koncu pogranicznicy „zakryli” nasze wizy i moglysmy pokonac tego dnia nasze jedyne 20 km, zeby spotkac pierwszych kirgizow i odzyskac lacznosc ze swiatem. I smutno nam sie od razu zrobilo, ze to dobra, gdzie nas nie ma, przez dluzszy czas bedzie dla nas Pamirem.
Jeszcze smutniej nam sie zrobilo, gdy okazalo sie na granicy, ze Goska nie ma telefonu przy sobie. Nastepne pol dnia zajelo nam zlapanie stopa z kirgiskiej granicy do tadzyckiej, bo to 20 km pod gorke na przelecz. Chciałyśmy tylko wrócić na granice, żeby zapytać o telefon a wywołałyśmy międzynarodowe zamieszanie. Przecież nie można sobie tak jeździć w strefie przygranicznej! Kirgizi złapali nam „taksówkę” i jako siódmy i osmy pasażer samochodu osobowego wróciłyśmy z Goska
jeszcze raz do Tadżykistanu. Na przeleczy przecież nie ma zasięgu, wiec wysłano z nami notkę o zaginięciu telefonu do pograniczników tadżyckich. Na miejscu odebrano nam paszporty i zaczelo sie
dochodzenie: kto, gdzie, jak. Celnicy zostali oskarżeni o kradzież, pogranicznicy wezwali naczelnika a ten chciał jeszcze wyższego od siebie ściągać do przeprowadzenia sledztwa. Musiałyśmy długo
tłumaczyć, ze pewnie to nasza wina, żeby załagodzić sytuacje i moc wrócić z powrotem na granice kirgiska, gdzie Ruda czekała niespokojnie na nas. W końcu naczelnik z drugim ważniejszym zapakowali nas do samochodu i niezadowoleni z zaginięcia telefonu na ich granicy odwieźli bezpiecznie do Kirgizow. W miedzy czasie zaproponowali nam na poprawienie humorów wycieczkę po pobliskich górach oraz dania z ich słynnych kozic gorskich, ale odmówiłyśmy. Pewnie znowu byśmy wywołały kolejna aferę. Okazało sie tez, ze dzięki nam, mogli sie spotkać z pogranicznikami kirgiskimi, których nie widzieli od 5 miesięcy a z którymi bardzo sie lubili. Zima tez odcinek pokrywa solidna warstwa sniegu, latem sa inne obowiązki a łączności pomiędzy brak. Wszystko załagodził wypity kumys ( gdyby tylko wiedzieli, jak my cierpiałyśmy w tej chwili i to nie z powodu strarty telefonu) i długa rozmowa na ciekawe tematy. W Pamirze naprawdę jest mnóstwo wilków a turyści bezmyślnie nocują na N41. Co robia pogranicznicy? Wiedza przecież, ze turyści przekraczają granice. Pilnują wiec, żeby nic im sie nie stało na pamirskiej highway. Tylko tak dyskretnie, żeby nie wiedzieli o tym.
Pewnie i na nas nieraz rzucali okiem, żebyśmy krzywdy sobie nie zrobiły- Dzięki!

Telefonu nie znalazłyśmy, za to spotkałyśmy sie chyba ze wszystkimi pogranicznikami na obydwu przejściach, spałyśmy na pryczach wojskowych po kirgiskiej stronie i nauczyłyśmy sie, ze „Tam dobrze, gdzie nas nie ma”. Czas na Kirgistan…

4a 4b 4c

„Podobno” rządzi Pamirem

Podobno gdzieś pomiędzy Chorogiem a Murgabem przekroczyłyśmy magiczne 2 tysiące kilometrów. Podobno… Teraz jesteśmy w Murgabie, Ruda ma na liczniku jakieś 1600 km, Gośka zbliża się do 2000, a u mnie 1870. Ale przecież to nie jest ważne 🙂

„Podobno” rządzi Pamirem. To taki rodzaj legendy czy historii, która jak powietrze unosi sie nad górami i co jakiś czas wdychana jest przez ludzi. Ciągnie sie za nami przez wysokie góry. A raczej jeszcze trochę wcześniej.

Podobno jakiś czas temu mieszkała w Pamirze Polka Margarita. O tak! Ta historia miała najszerszy zasięg. Jeszcze przed Chorogiem napotkany starszy pan przekazał wieści o Margaricie. Ponoć mieszkała 6 lat w Pamirze, mówiła po tadżycku, spisywała tutejsze legendy, była doktorem.

Im dalej w głąb korytarza wachanskiego, tym opowiadanie bardziej ewaluowało. Z 6 lat jej pobyt skrócił sie do 2, miała męża, który zachorował i dlatego musieli wrócić do Polski.

Hmmm…. Margarity nie spotkałyśmy, ale chyba bywała tam gdzie my, alby my tam gdzie ona, bo

na każde nasze „izpolszy” pamirczyk reagował odpowiedzią: A u nas Margarita jedna żyła…

Na marginesie, „podobno” nie ograniczało się tylko do osób i ich historii, ale także do odległości w kilometrach, wielkości miast, czasu. Zdania były tak różne, że nauczyłyśmy się brać średnią z wszystkich wypowiedzi i przeważnie wychodziła prawdziwa liczba km, godziny, wielkości. W temacie Margarity tez tak zrobiłyśmy i wyszło nam, ze była w Pamirze naprawdę 😉

Potwierdziło się za to „podobno” z inną Polka w Pamirze, Panią Sławą. Jej sława 🙂 miała mniejszy zasięg, ale zaintrygowane tą historią postanowiłyśmy sprawdzić, czy wierzyć w „podobno”. Jakież było nasze zdziwienie, gdy we Vrangu przywitała nas Pani Bronisława, która mieszka tam od 60 lat! Co prawda, była starsza niż nam mówiono, urodziła sie na terenie dzisiejszej Ukrainy i ona sama po polsku nie mówi, ale nasz patriotyzm potwierdził „podobno”: Polka!

Wtedy tez zaczęłam wierzyć w magiczna moc gorących źródeł, w których kąpałyśmy sie dzień wcześniej. Niech chociaż średnie życzenia się spełnią po kąpieli w „podobno-miejscu”, które spełnia marzenia 🙂

W tych górach pewnie mieści sie więcej „podobna”, tylko trzeba mieć więcej czasu, żeby je usłyszeć.

A co jeszcze jest na pewno? Może to, ze żaden inny korytarz nie urzeka tak jak ten i w żadnym innym miejscu nie ma takich wspaniałych ludzi jak w Pamirze.

3a 3b

Pamir Highway M41

– Zdjęcie?
– Mhm.
– Moim czy twoim?
– Mój w plecaku
– Mój też…
– No dobra moim
(…) 3 minuty później jak juz wygrzebałam aparat z plecaka:
– Nie no Ruda znów zatrzymała sie tak, że jest w kadrze.
– No dalej jedz! (wołamy i machamy rękoma by jechała dalej). Nie pojedzie, nie słyszy.
Tak mniej więcej wyglądają nasze rozmowy średnio co 10km czy 20 minut w Pamirze. Szczególnie po przerwie „lunchowej”, czyli ciastkach i lepioszce.
Ale wróćmy do Pamiru. Jaki on jest? Fascynujący. Magnetyczny. Surowy. Rzadko porośnięty roślinnością na tej wysokości (ok.4000 m n.p.m.) Wierzchołki pokryte śniegiem. Odnosi sie wrażenie, ze śnieg jest na wyciągniecie reki ( tydzień później okaże sie ze śnieg to juz pada i na nas;)). Pamir. Nie można oderwać od niego wzroku, (co czasami kończy sie wjechaniem w dziurę czy na inne wyboje, bo i na highway M41 zdarzają sie o dziwo nierówności:))

Ponad 4000 m n.p.m. – cały czas robi to na nas wrażenie. Tak ze czasami zapominamy o tym ze wozimy w sakwach krem z filtrem. Przecież wieje chłodny rześki wiaterek i nie odczuwamy tego ze słońce tak naprawdę mocno przypieka. Spokojnie, poczujemy wieczorem 🙂 a wieczory sa dość chłodne (szczególnie kiedy śpi sie na przełęczy AkBajtal w namiocie.  Potem dowiadujemy się że hmmm…. tu jest dużo wilków i ze miałyśmy ZNOWU szczęście ze nie skończyłyśmy swej wyprawy w postaci kolacji 😀 Dla uspokojenia – były to ostatnie wilki na naszej trasie). Na tyle chłodne, ze człowiek sie dwa razy zastanawia czy opłaca mu sie wyjść po dodatkowe skarpetki do sakwy. No nie opłaca sie. To zawsze więcej prania później. 😛

Powietrze – chłodne, rześkie. Gdzieś w okolicy Duszanbe straszyli nas chorobą wysokościową i tym ze nie będzie czym oddychać. A oddycha sie dobrze. I żadnej choroby nie ma. No ale w naszym „zawrotnym” tempie dobrze sie aklimatyzujemy wspinając sie na najwyższą przełęcz – 4655m n.p.m. Do tego na autostradzie M41 ruch znikomy. 3-4 ciężarówki w ciągu godziny i tez niewiele szybciej od nas pokonują podjazdy pod kolejne przełęcze. Te na tablicach tadżyckich trąbią na nas radośnie (tzn. my tak sobie myślimy). Kitajscy kierowcy mijają nas bez żadnych emocji (ale wiemy juz ze chińczycy dużo emocji wkładają podczas posiłków i niesamowicie mlaskają i siorbią…). Więcej mijamy stad kóz i owiec. Czasami trzeba sie nawet zatrzymać, bo zajmują cala szerokość drogi.

Na M41 spotykamy czasami innych rowerzystów. I wszyscy jada w przeciwnym kierunku – w stronę Duszanbe. Francuz, Hiszpan, małżeństwo z Iranu i Słoweniec. Ona robi sobie z nami zdjęcie, bo mówi ze bardzo rzadko spotyka kobiety na rowerach. Potem dodaje czy może jechać z nami. No pewnie!!!! -odpowiadamy – dawaj z nami. I pewnie gdyby nie to ze mąż stoi obok pojechała by z nami, tym bardziej, ze my juz zjeżdżałyśmy z prędkością 40 km/h do Murgabu po pokonaniu kolejnej przeleczy.

Właśnie  – ciastka! motyw przewodni pamirskiej części naszej wyprawy. Chciałabym zaznaczyć na początku, ze my NIE jemy słodyczy jak to kobiety (wiecznie na diecie), ale przy takim wysiłku pozwalamy sobie na małe szaleństwo raz dziennie…. no dobra może i dwa razy;) Tylko ze czasami ciastka sie kończą. Kończą sie najczęściej gdy w promieniu 50 km nie ma żadnego sklepu ani nadziei, na to ze ktoś rzuci snickersem z marszutki w nasza stronę. Wtedy objadamy  z ciastek spotkanych na trasie Francuza i Hiszpana (sami sa ciachami godnymi grzechu;)), którzy jeszcze nie wiedza za kilka dni beda żałować tej hojności 😛 ale juz dzień później dzielimy sie nowozakupionymi ciasteczkami z Irańczykami. 🙂 W końcu do Murgabu zostało niecałe 40 km. Z górki. Czyli to co lubimy w przełęczach najbardziej. Podjazdy tez sa fajne, no ale nie oszukujmy się – kto z nas nie lubi zjeżdżać z przeleczy z prędkością 30-40km/h bez kasku (tzn. kask jest, gdzieś głęboko w sakwie, ale kto by sie przejmował :P). Spotkani rowerzyści kaski i owszem mają. Ale za to nie maja trzymiesięcznej wizy do Chin. I dziwią sie nam jakie to jesteśmy zorganizowane. Ciekawe czy tak samo myśleli nasi najbliżsi na kilka dni przed naszym wylotem, gdy widzieli ten chaos (no bo kto kupuje zapasową oponę w dzień wyjazdu, przykręca bagażnik czy podpisuje ubezpieczenie na kolanie w samochodzie gdzieś na autostradzie w stronę Warszawy).

Dojechałyśmy do Murgabu. Kontrola przez milicję na rogatkach miasta. Standardowe pytania: skąd? Dokąd? Ile lat? Mąż jest? Dzieci są? Teraz tylko znaleźć nocleg i dwa dni bez roweru. Za to z kąpielą. O tak 🙂

DSC01232 Michal Unolt DSC01200 Michal Unolt DSC01116 Michal Unolt DSC01252 Michal Unolt

Sanatorium spełniania marzeń

Murgab. Mknęłyśmy tu ile sił w nogach i tchu w płucach, licząc na prysznic, ciepły nocleg i Internety. I o ile dwa pierwsze marzenia sie spełniły, przy trzecim spotkał nas wielki zawód i rozczarowanie, bo okazało się, że w weekend Internety tu nie działają. Ah żal. Tak więc siedzimy sobie gnuśnie, spoglądając z okna na rzucone między góry depresyjne miasteczko, i spisujemy nasze pamirskie wspominki.
Po leniwym i żarłocznym odpoczynku w Chorogu ruszyłyśmy w stronę Korytarza Wachańskiego. Tydzień mozolnego pedałowania, 200 km bez asfaltu, pierwsza porządna przełęcz. Warto było. Wachan jest piękny i surowy, a do tego gościnny. O jego mieszkańcach ciężko pisać bez wpadania w banał. Bo jak tu pisać o ludziach, którzy maja bardzo mało, a jednak widząc gościa, są gotowi podzielić się z nim wszystkim. Naszą podróż co chwila przerywały zaproszenia na herbatę i pogawędki od mijanych przez nas babć, z czego oczywiście ochoczo korzystałyśmy. W ogóle jest to miejsce jakby z równoległej rzeczywistości. Na przykład takie gorące źródełka. Niby wyśmienicie działają na kobiecą płodność – wybudowano tam nawet sanatorium. Ale kąpią sie tam tez mężczyźni. Wiec co jeszcze można tam wyleczyć, dopytujemy dociekliwie pielęgniarki (która, mimo trzydziestki na karku nie ma jeszcze męża, i, o zgrozo, wcale nie chce go mieć. Do tego ma tak szczere spojrzenie, że po raz pierwszy robi się nam głupio, że przy pytaniu o nasz wiek, trochę go sobie zaniżamy). No i okazuje się, że woda w źródełkach ma moc spełniania marzeń i uspokojenia duszy. Proste. I wszystko potwierdzone medycznie i naukowo. Sanatorium spełniania marzeń. Takie rzeczy tylko tutaj.

Oczywiście nie wszystko jest takie różowe. Większość chłopaków po skończeniu 9 lub 11 klasy wyjeżdża za pracą do Rosji i odwiedza swoje rodziny raz w roku albo rzadziej. W każdej rodzinie kogoś brakuje, w wielu domach królują kobiety.
Ludzie rozmawiają tu o różnych rzeczach. Od standartowych pytań o nasz wiek, stan cywilny i cel podróży, przez utyskiwanie na testowy system edukacji, który oducza dzieci myślenia, po refleksje o Bogu, który jest jeden, choć nosi różne imiona. Każdy podkreśla, ze żyje w bardzo demokratycznym kraju (pierwsze narzekania na prezydenta usłyszałyśmy dopiero od celników na granicy), każdy może wierzyć w co chce, a kobiety mają wszelkie prawa, nie to co za rzeką, w Afganistanie. Pewien pan, na nasze pytanie jak to jest z dniami wolnymi, czy nie chcieliby mieć tez w piątek, w końcu dla muzułmanów to ważny dzień, odparł zdziwiony, ze to przecież normalny kraj, gdzie wolne jest w sobotę i niedziele, jak w całym cywilizowanym świecie. Wychodzi na to, ze w ich oczach sami jesteśmy małym talibanem, bo święcimy dni święte.

Jak we wszystkich krajach – sierotach po Sojuzie, najciekawiej rozmawia sie z tymi, którzy ten sojuz pamiętają. U nich tez najbardziej widoczny jest żal, ze nie mogą w swoim kraju żyć normalnie, bo brakuje pracy, a w Rosji traktowani są jako, delikatnie mówiąc, ludzie gorszej kategorii.

Dziwne miejsce. Dziwne, piękne i ulotne, bo za chwilę już go nie będzie. Przyjadą turyści i wszystko zepsują, albo wszyscy wyjadą do Rosji zarabiać pieniądze, i nie będzie komu pamiętać o gościnności i szczerej radości, ze komuś chciało sie przyjechać właśnie w te strony. A może nie, i zawsze znajdzie sie ktoś, kto będzie czaił sie na podróżnych i zapraszał ich na czaj, ciastka i pogawędkę.

Tymczasem gnijemy w Murgabie, który coraz bardziej pogrąża sie w ciemności, bo przyjechali niemieccy turyści i zjedli cały prąd. A właściwie jesteśmy juz 400 km od Murgabu, w Osz (ot, dopiero tu sa Internety). Przejechałyśmy przez bezdroża, gdzie częściej niż człowieka można spotkać spasionego, puchatego świstaka, a jak juz w końcu spotkałyśmy ludzi, a konkretnie pograniczników, to sie działo! Ale to juz zupełnie inna historia.

DSC00981 DSC01001 DSC01198 DSC00974