Gorączka w Bucharze

Kolejny punkt na naszej mapie odhaczony. Buchara. Wiedziałyśmy, że będzie gorąco, ale że aż tak… A wg tubylców będzie jeszcze cieplej w sezonie, który dopiero ma sie rozpocząć. A póki, co to rozpoczęły się w Uzbekistanie kanikuły, czyli wakacje. (Pozdrawiamy wszystkich, co pracują, bo u nas wakacje, już od 2 tygodni: Novoferm, Frapo;)) ale do rzeczy. Jak już zrobiło się znośnie chłodniej to przepłynęłyśmy razem z innymi turystami z Europy Zachodniej przyodzianych w kolonialne stroje i kapelusze szlakiem turystycznym, tzw. Silk Road. Czyli dla leniwych. Nie wystarczyło. Zboczyłyśmy z jedynej głównej ulicy w poszukiwaniu samsy z kartoszką i trafiłyśmy do galerii prowadzonej przez Irańczyka. I tak dowiedziałyśmy się, że Buchara jest polska;) bo żołnierze armii gen. Andersa pozostawili po sobie małe niespodzianki i tak o to mamy mniejszość polską w Bucharze. Był też kręcony tutaj Faraon (dla zainteresowanych odsyłamy do obejrzenia filmu), a nasz fotograf nie jedną szklankę wódki wychylił z Leonem Niemczykiem, co ma udokumentowane na zdjęciach (ach ci młodzi gniewni). Dzięki naszemu fotografowi odwiedziłyśmy miejsca, gdzie turysta już nie zagląda i zjadłyśmy w końcu arbuza;) jupi!;) a wszystko co dobre sie kończy i uciekamy z leniwej Buchary z powrotem do Taszkientu tą sama droga więc będzie nudno. Chociaż kto wie co sie zdarzy po drodze i ile dętek przebijemy 😉

1 2 3 4

Reklamy

Manty z Samarkandy

Ciasto:
mąka (tzw. wyzszyj sort), sól, zimna woda, jajko (wszystko na oko)

Farsz:
Sól, pieprz czarny, kminek (przyprawy w ilości ok. pół łyżki, soli 1,5 łyżki), mięso
wołowe (0,5 kg), słonina barania (0,5 kg), cebula (1,5 kg)

Przygotowanie:

Ciasto:
zmieszać wszystkie składniki i następnie ugnieść ciasto tak żeby miało konsystencję twardą (coś jak ciasto na pierogi), uformować w długie paski i następnie pokroić tak jak pierogi leniwe. Wrzucić do siatki, zawinąć i włożyć do lodówki na kilka godzin.

W miedzy czasie zrobić farsz – pokroić drobno cebulę, dodać przyprawy i wszystko jeszcze raz posiekać. Dodać pokrojone w kostkę mięso i wymieszać.
Po wyjęciu ciasta z lodówki, rozwałkować je na cienkie, okrągłe placki. Nakładać do środka farsz (ok. 1 łyżki) i zawijać w stożek na okrągło (pani, która nam to pokazywała, robi to od 25 lat).
Manty gotować na parze ok. 30 minut, wcześniej ułożywszy je na posmarowanym tłuszczem sitku. Podaje sie razem ze śmietaną i pikantnym sosem pomidorowym. Porcja na 1 os: 4 manty.
Można pakuszac!

1 2

Pierwsze koty za płoty

„Pierwsze koty za płoty”, czyli trasa Taszkient-Samarkanda

Po naszych przygodach w stolicy spakowałyśmy sumki i wyruszyłyśmy w stronę słońca, czyli  Samarkandy. Oj, ciężki to był początek. Niby płasko i droga dobra, ale jak gorąco! No ale nic, pojechałyśmy… Pierwsze 320 km według Gosi licznika w 40 stopniach i pod wiatr-done! Sukces taki, że nie zgubiłyśmy sie ani razu a ludzie bardziej sie o nas martwią niż my same. Powszechne zainteresowanie wzbudza moja karimata 🙂 oraz nasze latarki:) udajemy także Ukrainki i mówimy po rosyjsku i jest łatwiej! Backpakersi maja ciężki żywot w tym kraju, jeśli nie znają rosyjskiego-Uzbecy są przemili, ale ich ceny rosną proporcjonalnie do położenia geograficznego-im dalej na zachód, tym drożej… Po drodze spałyśmy w przydrożnych kawiarniach i w domach Uzbeków. Dobrze jest! I nawet na razie nie przeszkadza nam fakt, że granica z Tadżykistanem, którą chciałyśmy przekraczać, jest zamknięta. Zajmiemy sie tym później-najpierw Samarkanda i Buchara 🙂

No to fru!

Tak jakoś wyszło, że wszystko wyszło. Prawie.
Najpierw dojazd do Warszawy. Szybkie bieganie i pakowanie rowerów, łapiemy autobus do Rygi. Przesiadka w Wilnie, przenoszenie sakw, pakowanie, jedziemy do Rygi. No! udało się ! Jesteśmy w Rydze. Składamy
rowery i jedziemy się wyspać. Później samolot. Lądowanie i jesteśmy!
Wita nas pogoda i pełno ciekawych ludzi.Uff! No i pierwszy problem. Zerwany hamulec i połamane obudowy i części od rowerów….grrrrrrrrrr no pięknie się zaczyna. Ale nic, trzeba się ogarnąć. Ze smutnymi minami jedziemy do miasta do hostelu, a później zaczynamy poszukiwania kogoś kto pomoże nam poskładać wszystko w jedną całość.

I znow miałyśmy więcej szczęścia niż rozumu, bo znalazłyśmy najlepszy i jedyny serwis rowerowy w Taszkiencie, który zna sie na hamulcach hydraulicznych. Przy okazji dowiedziałyśmy się także, że hamulce hydrauliczne do samochodu nie działają tak samo jak te od roweru…o my ignorantki!

Oczywiście przez przypadek spotkałyśmy chłopaków, którzy pomogli nam we wszystkim. Mało tego, zaproponowali wyjazd w góry…Więc co zrobiłyśmy? Pojechałyśmy! Kizil suu to góry, gdzie nie trafia żaden nie tylko turysta ale też rzadko kto z Uzbekow. Dlaczego? Jak się później okazało, to strefa przygraniczna. A uświadomili nam to przygranicznicy, którzy nas zabrali stamtąd na najbliższy posterunek. Przecież złamaliśmy prawo… Skończyło się na dużej dawce adrenaliny i wywiezieniu nas 30 km w góry.

Oczywiście zostałyśmy spisane i pouczono nas o tym jak bezmyślnie złamałyśmy prawo. Chłopacy wyjaśnili, że jesteśmy gośćmi i jakoś poszło. Cała przygoda skończyła się dodatkowymi kilometrami po bezdrożach, żeby wrócić do Taszkientu oraz rozczarowaniem, że nie mogliśmy zjechać z góry, na którą wspinaliśmy się poprzedniego dnia. Warto było!

DSC_2300 (1024x680) DSC_2284 (1024x680) DSC_2280 (1024x680) DSC_2256 (1024x680) DSC_2254 (1024x680) DSC_2250 (1024x680) DSC_2248 (1024x680)

3…2…1…

Jest piękny majowy wieczór, siedzimy na tarasie, przy blasku zachodzącego słońca popijając zimne drinki i wspominamy nasze ostatnie dwa tygodnie przygotowań. W powietrzu unosi się zapach wiosny…to będzie piękna wiosna…hmm…. Spakowane sakwy czekają tylko, aż wybije godzina zero, w której wsiądziemy do samolotu a potem już tylko pojedziemy w siną dal….

Hmmm… no nie. Jest trochę inaczej ale cofnijmy się jednak o dwa tygodnie … i zobaczmy jak to wyglądało…

Zaczniemy od Majówki.

Plan był taki: jeździć na rowerze. Daleko, często, dużo, razem.

I prawie wszystko udało się zrobić. Tyle tylko, że plan wspólnej Majówki na kaszubskiej ziemii postanowiłyśmy nieco zmodyfikować i każda spędziła ją osobno – w swoich rodzinnych stronach. Z Małgosią kręciłyśmy kółkiem (brzmi sportowo, co nie?) po Wielkopolsce a dla lokalnych patriotów z Kaszub mamy krótką relację z małych podróży Rudej. Wygrała Ruda, bo u nas Majówkę można by było nazwać Deszczówką 😛 a że system uczy nas pozytywnego myślenia, będzie słonecznie:

Ruda przed wyprawą zwolniła się z pracy, więc czasu na rowerowe wycieczki miała mnóstwo. Cały kwiecień hasała po pomorskich lasach, ćwicząc kondycję (aczkolwiek wciąż boi się, że to za mało, i po pierwszym dniu jazdy w słońcu i z pełnym obciążeniem zacznie płakać, że ma dość i chce wracać do Polski do pracy).

Pomorze pełne jest urokliwych ścieżek rowerowych (z których wiele, nie wiedzieć czemu, w ostatnim czasie zostało poprzerabiane na ścieżki konne, chociaż jako żywo, żadnego konia nikt tam nigdy nie widział. Natknąć się można za to na lisa, zająca, bociana, czy też owcę). W majówkę postanowiła zadbać nie tylko o swoją formę, ale też rodziców. Trasa niezbyt męcząca, w końcu rodzice swoje lata już mają, ale bardzo przyjemna. Start oczywiście z Lęborka, na drodze wylotowej na Gdańsk – tu gratka dla miłośników fast foodów – przy trasie mieści się zakład Farm Frites, który zaopatruje we frytki wszystkie Mc Donald’sy w Polsce, roztaczając przy tym na całe miasto frytkowe aromaty. Dalej trasa wiodła przez Lubowidz – we wsi jest duże jezioro, które niestety lata świetności i popularności ma już dawno za sobą, a żal! Przy wyjeździe z Lubowidza nastąpiło niecodzienne spotkanie – z lasu wyłoniło się nagle wielkie stado owiec. Prawdziwy przedsmak Azji Centralnej! Dalej trasa wiodła przez Godętowo, Łęczyce i Kisewo. Górki i dołki, zjazdy i podjazdy, i dużo piachu. Za to w pobliskim Wilkowie moc atrakcji – mieści się tam najdłuższa deska (!) świata, oraz najdłuższa hulajnoga świata. Wszystko wpisane do księgi rekordów Guinessa. A jakby tego było mało, okazjonalnie warzona tam jest największa polewka rybna świata! Wiadomo, Pomorze jest najlepsze na świecie!

Rower spisywał się doskonale, wszystkie górki pokonywał bez problemu, więc wszystko wskazuje na to, że w Azji też nie zawiedzie. Kross zdał polski test Rudej na 5.

I jeszcze zdjęcia- o tak!

Więc są owce:

IMG_4415

jest deska:

IMG_4432

i Ruda:

IMG_4430

Ostatni tydzień przed wyjazdem upłynął pod znakiem zasady: małe podróże- małe przygotowania, duże podróże-duże przygotowania.

I wyglądało to tak:

Sprawdzić jeszcze raz wszystko, przygotować wszystko, zrobić wszystko, spotkać wszystkich. Generalnie naginać czasoprzestrzeń do granic możliwości według zasady „Polak potrafi” albo „Orzeł może”. Zrobić.

Czyli oszalałyśmy. Czy macie takie uczucie, że nieważne jak wcześnie zaczniecie realizować plan, to i tak kilka dni przed jego ostateczną realizacją nagle spada z nieba deszcz kamieni, który niszczy wszystko? i nagle okazuje się, że jest jeszcze miliard rzeczy, które trzeba załatwić? A potem ostatniego dnia wszystko układa się w całość a wy siadacie, uśmiechacie się do siebie i w duchu mówicie: yes yes yes yes…. No to my właśnie tak miałyśmy. Jeszcze dzisiaj w południe pedałowałam po nasze ciuchy na koniec miasta, Małgosia kupowała opony w sklepie a Ruda szukała telefonu.

A teraz piję ciepłą herbatę, pada deszcz i jeszcze w Polsce czekam na jutro… Bo jutro wymeldujemy się stąd i zacznie się nasza przygoda 🙂 i chyba wszystko wzięłyśmy….chociaż nie będę  oszukiwać- nie wzięłyśmy i nie weźmiemy. Bo nie.

A co jest w naszych sakwach?

428591_159634547550082_1330336313_n

Pierwsza zasada:Taśma izolacyjna na wszystko

Były już zdjęcia z Rowerowni a teraz krótka historia o tym miejscu i dlaczego tam się znalazłam. A znalazłam się przypadkiem…

„… 3 głębokie wdechy i wchodzę, przecież to tylko rowery. Skoro wszyscy chłopcy to potrafią i każdy może sam go naprawić, to przecież to nie może być skomplikowane”

No i weszłam 🙂 Rzut okiem na ściany i to co w środku. Rowery mniejsze i większe- uff! normalne. Na szafie przy wejściu jakieś medale i puchary, dyplomy- widać, że chłopaki wiedzą, co robią. Idę dalej, chociaż miejsca jest naprawdę mało a na samym końcu jeszcze część warsztatu-serwisu z narzędziami.
DSC_2136
-Dzień dobry! chciałabym kupić rower….- tak naprawdę nie chcę nic kupić, ale od czegoś trzeba zacząć.:)
Rafał- jak się później okazało- ze stoickim spokojem odłożył narzędzia. Jeszcze nie wiedział, co go czeka.
-No dobrze, ale jaki?
-Taki, którym można przejechać Azję…
No to się zdziwił. Ale tylko na chwilkę- w końcu nie jestem jedyną ciekawską, a On już pewnie się przyzwyczaił. Pewnie i tak sobie pójdę zaraz…
Tak, jedziemy przez Azję. Nie, jedziemy same, dziewczyny. Potem mówił i mówił o oponach, ramach i hamulcach, niby po polsku ale jak dla mnie to bardziej po chińsku. Na moje stwierdzenie, ze coś jest brzydkie i mi się nie podoba dostałam szybką ripostę: „no wiesz, samochodem też możecie jechać, będzie wygodniej i szybciej…”. Jeszcze później pojawił się Maks w sportowych ciuszkach. Czyli zawodowiec? No nie, teraz to już po mnie-myślę- wybiją mi z głowy durny pomysł babskiego wyjazdu. Tak się nie stało jednak! Zaproponowali pomoc,wiedzę i kawę, dużo kawy.a! i wykazali dużo cierpliwości… No i wróciłam miesiąc później 😉
Wróciłam razem z wiosną i milionem innych rowerzystów- tych bardziej zawodowych i tych mniej…. Za każdym razem dostawałam kawę i dużo czasu w miłej atmosferze, kiedy mogłam obserwować jak chłopacy uwijają się z rowerami. Przy okazji poznałam ich trochę bliżej. Przez ten cały mały bałagan części przebija u nich spokój i wszechobecny luz połączony z dobrym żartem. Rafał, kiedyś szef kuchni, rzucił wszystko, żeby ze spokojem skręcać rowery. Maks, chodzące ADHD z błyskiem w oku, znalazł chwilę czasu i spadł z Bieszczad do płaskiego jak deska Poznania i chyba nawet On sam nie wie, jak to się stało. Jest jeszcze dziewczyna w składzie, ale Asi nie udało mi się poznać bliżej.
Dowiedziałam się, co to sztyca, widelec, korba, suport i kaseta. Usłyszałam, że rowery tez się odchudza i dobiera odpowiednie komponenty ( z tym już gorzej, czasami naprawdę nie rozumiałam o co im chodzi ;)). Ba! dobiera się nawet kolory! Okazało się, że jestem prawdziwą ignorantką, jeśli chodzi o kolarstwo szosowe i górskie. Maratony MTB, jazda na czas, kryteria- o matko! Godzinami można o tym rozmawiać, to znaczy Oni mogą…
Dętki i opony nauczyłam się sama wymieniać, żeby zaoszczędzić sobie wstydu 😛
Chłopaki natomiast nauczyli mnie podstawowych rzeczy, jak wymiana i regulacja hamulców czy regulowanie przerzutek. Powiedzieli na co zwracać uwagę podczas jazdy, jakie opony zabrać, żeby smarować łańcuch. Doradzili też, czego nie zabierać i czego nie robić bo i tak nie zdążę się tego nauczyć. Skręcili rowery, dokręcili śrubki i czujnym okiem sprawdzili wszystko, co zabierzemy ze sobą. No i jeszcze podstawowa zasada od nich: taśma izolacyjna i kreatywny umysł! Bez tego ani rusz!
Druga zasada: Naprawdę warto także mieć ze sobą zestaw narzędzi 😉 Nawet jeśli nie wiadomo, co z czym połączyć- to w przypadku awarii będziemy miały dostatecznie dużo czasu, żeby sprawdzić wszystkie klucze, imbusy i co tylko znajdziemy pod ręką.
Najważniejsze jednak, że pokazali, ze mania rowerowania to stan umysłu i jak będziemy chciały, to naprawimy wszystko i pojedziemy wszędzie! Podróżowanie to poznawanie nowych miejsc i ciekawych ludzi a moje podróżowanie zaczęło się już w Poznaniu! Dzięki chłopaki!

Wizowe przygody

Dzisiaj opowiemy, jak wyglądają nasze przygotowania od strony formalnej, czyli małe co nieco o zdobywaniu wiz.

Założyłyśmy sobie, że przed wyjazdem wyrobimy wizy do Uzbekistanu, Tadżykistanu i Chin. Pozostałe, czyli laotańską, wietnamską i kambodżańską, można otrzymać na granicy przy wjeździe, więc na razie nie zaprzątamy sobie nimi głowy. Zaś do Kirgistanu i Tajlandii wizy w ogóle nie są potrzebne, dzięki czemu już na starcie bardzo lubimy te kraje!

Na pierwszy ogień poszła wiza tadżycka – Tadżykistan nie ma w Polsce konsulatu, najbliższa placówka jest w Berlinie, więc bałyśmy się, że załatwienie wszystkich formalności zajmie nam dużo czasu. Jak się okazało, zupełnie bezpodstawnie. Wiza turystyczna na 30 dni kosztowała nas 50 euro, trzeba było wypełnić wniosek w dwóch kopiach (dostępny na stronie konsulatu w Berlinie), do tego zdjęcia, ksero paszportu, potwierdzenie zapłaty, i wio. Nasze dokumenty wysłałyśmy kurierem w środę. W poniedziałek zadzwoniłam zapytać, czy dotarły i czy wszystko z nimi ok. Mocno wątpiłam, że ktoś już się do nich dokopał, a w najlepszym wypadku spodziewałam się mnóstwa pytań i krytycznych uwag do wniosków. Tymczasem pan konsul stwierdził, że przecież już dawno dał nam wizy i dziwił się, czemu nikt nie przychodzi po paszporty. Na moje pytanie, czy konieczne jest upoważnienie aby ktoś nam je odebrał, stwierdził, że absolutnie nie, bo przecież nam ufają 🙂 Tak więc wizy gotowe w 3 dni robocze i zero problemów. Z wrażenia zapomniałam zapytać, czy dał nam pieczątkę z permitem na wjazd do GBAO, ale gdy dodzwoniłam się do konsulatu po raz kolejny, powiedziano mi, że jeśli przy odbiorze paszportów poprosimy o nią, przystawią bez problemu. Jak powiedzieli, tak zrobili. Wielkie dzięki dla Martyny za odebranie naszych paszportów!

Rozochocone tym sukcesem, postanowiłyśmy pozostać przy krajach radzieckich, i jako następną zdobyć wizę uzbecką. Tu dokumentów było już więcej – oprócz wniosków trzeba było okazać zaświadczenie z miejsca pracy, co nie jest takie proste jak jest się bezrobotnym (dzięki, Majkel!), no i zaproszenie – skorzystałyśmy z usług agencji Stantours (cena zaproszenia – 40$). Plus po 80$ opłaty wizowej dla konsulatu (ważne – konsul skarżył się, że bardzo często nie otrzymuje pełnej kwoty opłaty wizowej, dlatego jeśli ktoś ma w planach podróż do Uzbekistanu i opłatę wizy, niech zwróci uwagę, żeby koszty przelewu pokrywał płacący – czyli przelew typu OUR. Po co dostarczać trosk takiemu miłemu konsulowi). Znalezienie konsulatu nie było łatwe, zwłaszcza jeśli nie zna się Warszawy, udało mi się to po długich poszukiwaniach – placówka uzbecka nie ma nic wspólnego ze wschodnim przepychem i mieści się w domku szeregowcu, ambasada od frontu, konsulat od ogródka. Jak się okazało, znalezienie budynku było najtrudniejszym etapem misji, dalej poszło już z górki. Pan konsul po odbyciu ze mną przemiłej pogawędki przejrzał uważnie nasze zdjęcia, i stwierdził, że takim ładnym dziewczynom wiza należy się od ręki. Tak też uczynił 🙂

Jak się okazało, na tym nasze wizowe sukcesy się skończyły.

Wizę chińską zostawiłyśmy sobie na deser, i był to deser ciężkostrawny. Wybrałam się do konsulatu w Gdańsku (być może ten w Warszawie jest bardziej przyjazny). Konsul na wstępie odrzucił wnioski Agaty i Małgosi – stwierdził, że należy je składać osobiście. Ja, jak na fałszywą przyjaciółkę przystało, postanowiłam przepchnąć chociaż mój wniosek. Zostałam jednak szybko pokarana za egoizm – konsul z kwaśną miną kręcił głową, przeglądając moje dokumenty. Mruczał pod nosem „noł noł noł”. Nic nie pomogły lipne rezerwacje, na nic się zdały moje uśmiechy i błagania, na nic tłumaczenia, że nie mamy biletu lotniczego do Chin, bo wjedziemy z Kirgistanu, a kirgiskie marszrutki nie mają internetowych rezerwacji (o rowerach wolałam już nie wspominać, żeby do końca nie wybuchła mu głowa, już Ryga i Taszkient wystarczająco go rozzłościły). Nic nie pomogło. Nieubłagany konsul pokręcił głową jeszcze kilka razy, rzekł, że „too little documents, good bye” i tyle. Nauka z tego taka, że nie wszyscy konsulowie to mili mężczyźni, oraz aby nie ufać Chińczykom. Na domiar złego, z okazji świąt majowych konsulat robi sobie prawie dwa tygodnie wolnego. Więc, nie bacząc na nasze zasady, musimy skorzystać z pomocy pośrednika, który, mamy nadzieję, zdobędzie dla nas wizy w trybie ekspresowym. Trzymajcie kciuki!