3…2…1…

Jest piękny majowy wieczór, siedzimy na tarasie, przy blasku zachodzącego słońca popijając zimne drinki i wspominamy nasze ostatnie dwa tygodnie przygotowań. W powietrzu unosi się zapach wiosny…to będzie piękna wiosna…hmm…. Spakowane sakwy czekają tylko, aż wybije godzina zero, w której wsiądziemy do samolotu a potem już tylko pojedziemy w siną dal….

Hmmm… no nie. Jest trochę inaczej ale cofnijmy się jednak o dwa tygodnie … i zobaczmy jak to wyglądało…

Zaczniemy od Majówki.

Plan był taki: jeździć na rowerze. Daleko, często, dużo, razem.

I prawie wszystko udało się zrobić. Tyle tylko, że plan wspólnej Majówki na kaszubskiej ziemii postanowiłyśmy nieco zmodyfikować i każda spędziła ją osobno – w swoich rodzinnych stronach. Z Małgosią kręciłyśmy kółkiem (brzmi sportowo, co nie?) po Wielkopolsce a dla lokalnych patriotów z Kaszub mamy krótką relację z małych podróży Rudej. Wygrała Ruda, bo u nas Majówkę można by było nazwać Deszczówką 😛 a że system uczy nas pozytywnego myślenia, będzie słonecznie:

Ruda przed wyprawą zwolniła się z pracy, więc czasu na rowerowe wycieczki miała mnóstwo. Cały kwiecień hasała po pomorskich lasach, ćwicząc kondycję (aczkolwiek wciąż boi się, że to za mało, i po pierwszym dniu jazdy w słońcu i z pełnym obciążeniem zacznie płakać, że ma dość i chce wracać do Polski do pracy).

Pomorze pełne jest urokliwych ścieżek rowerowych (z których wiele, nie wiedzieć czemu, w ostatnim czasie zostało poprzerabiane na ścieżki konne, chociaż jako żywo, żadnego konia nikt tam nigdy nie widział. Natknąć się można za to na lisa, zająca, bociana, czy też owcę). W majówkę postanowiła zadbać nie tylko o swoją formę, ale też rodziców. Trasa niezbyt męcząca, w końcu rodzice swoje lata już mają, ale bardzo przyjemna. Start oczywiście z Lęborka, na drodze wylotowej na Gdańsk – tu gratka dla miłośników fast foodów – przy trasie mieści się zakład Farm Frites, który zaopatruje we frytki wszystkie Mc Donald’sy w Polsce, roztaczając przy tym na całe miasto frytkowe aromaty. Dalej trasa wiodła przez Lubowidz – we wsi jest duże jezioro, które niestety lata świetności i popularności ma już dawno za sobą, a żal! Przy wyjeździe z Lubowidza nastąpiło niecodzienne spotkanie – z lasu wyłoniło się nagle wielkie stado owiec. Prawdziwy przedsmak Azji Centralnej! Dalej trasa wiodła przez Godętowo, Łęczyce i Kisewo. Górki i dołki, zjazdy i podjazdy, i dużo piachu. Za to w pobliskim Wilkowie moc atrakcji – mieści się tam najdłuższa deska (!) świata, oraz najdłuższa hulajnoga świata. Wszystko wpisane do księgi rekordów Guinessa. A jakby tego było mało, okazjonalnie warzona tam jest największa polewka rybna świata! Wiadomo, Pomorze jest najlepsze na świecie!

Rower spisywał się doskonale, wszystkie górki pokonywał bez problemu, więc wszystko wskazuje na to, że w Azji też nie zawiedzie. Kross zdał polski test Rudej na 5.

I jeszcze zdjęcia- o tak!

Więc są owce:

IMG_4415

jest deska:

IMG_4432

i Ruda:

IMG_4430

Ostatni tydzień przed wyjazdem upłynął pod znakiem zasady: małe podróże- małe przygotowania, duże podróże-duże przygotowania.

I wyglądało to tak:

Sprawdzić jeszcze raz wszystko, przygotować wszystko, zrobić wszystko, spotkać wszystkich. Generalnie naginać czasoprzestrzeń do granic możliwości według zasady „Polak potrafi” albo „Orzeł może”. Zrobić.

Czyli oszalałyśmy. Czy macie takie uczucie, że nieważne jak wcześnie zaczniecie realizować plan, to i tak kilka dni przed jego ostateczną realizacją nagle spada z nieba deszcz kamieni, który niszczy wszystko? i nagle okazuje się, że jest jeszcze miliard rzeczy, które trzeba załatwić? A potem ostatniego dnia wszystko układa się w całość a wy siadacie, uśmiechacie się do siebie i w duchu mówicie: yes yes yes yes…. No to my właśnie tak miałyśmy. Jeszcze dzisiaj w południe pedałowałam po nasze ciuchy na koniec miasta, Małgosia kupowała opony w sklepie a Ruda szukała telefonu.

A teraz piję ciepłą herbatę, pada deszcz i jeszcze w Polsce czekam na jutro… Bo jutro wymeldujemy się stąd i zacznie się nasza przygoda 🙂 i chyba wszystko wzięłyśmy….chociaż nie będę  oszukiwać- nie wzięłyśmy i nie weźmiemy. Bo nie.

A co jest w naszych sakwach?

428591_159634547550082_1330336313_n

Reklamy

2 responses to “3…2…1…

  1. Powodzenia Waćpannom! Niechaj św. Brendan ścieżki Wam prostuje oraz ku dołowi skłania 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s