Pamir Highway M41

– Zdjęcie?
– Mhm.
– Moim czy twoim?
– Mój w plecaku
– Mój też…
– No dobra moim
(…) 3 minuty później jak juz wygrzebałam aparat z plecaka:
– Nie no Ruda znów zatrzymała sie tak, że jest w kadrze.
– No dalej jedz! (wołamy i machamy rękoma by jechała dalej). Nie pojedzie, nie słyszy.
Tak mniej więcej wyglądają nasze rozmowy średnio co 10km czy 20 minut w Pamirze. Szczególnie po przerwie „lunchowej”, czyli ciastkach i lepioszce.
Ale wróćmy do Pamiru. Jaki on jest? Fascynujący. Magnetyczny. Surowy. Rzadko porośnięty roślinnością na tej wysokości (ok.4000 m n.p.m.) Wierzchołki pokryte śniegiem. Odnosi sie wrażenie, ze śnieg jest na wyciągniecie reki ( tydzień później okaże sie ze śnieg to juz pada i na nas;)). Pamir. Nie można oderwać od niego wzroku, (co czasami kończy sie wjechaniem w dziurę czy na inne wyboje, bo i na highway M41 zdarzają sie o dziwo nierówności:))

Ponad 4000 m n.p.m. – cały czas robi to na nas wrażenie. Tak ze czasami zapominamy o tym ze wozimy w sakwach krem z filtrem. Przecież wieje chłodny rześki wiaterek i nie odczuwamy tego ze słońce tak naprawdę mocno przypieka. Spokojnie, poczujemy wieczorem 🙂 a wieczory sa dość chłodne (szczególnie kiedy śpi sie na przełęczy AkBajtal w namiocie.  Potem dowiadujemy się że hmmm…. tu jest dużo wilków i ze miałyśmy ZNOWU szczęście ze nie skończyłyśmy swej wyprawy w postaci kolacji 😀 Dla uspokojenia – były to ostatnie wilki na naszej trasie). Na tyle chłodne, ze człowiek sie dwa razy zastanawia czy opłaca mu sie wyjść po dodatkowe skarpetki do sakwy. No nie opłaca sie. To zawsze więcej prania później. 😛

Powietrze – chłodne, rześkie. Gdzieś w okolicy Duszanbe straszyli nas chorobą wysokościową i tym ze nie będzie czym oddychać. A oddycha sie dobrze. I żadnej choroby nie ma. No ale w naszym „zawrotnym” tempie dobrze sie aklimatyzujemy wspinając sie na najwyższą przełęcz – 4655m n.p.m. Do tego na autostradzie M41 ruch znikomy. 3-4 ciężarówki w ciągu godziny i tez niewiele szybciej od nas pokonują podjazdy pod kolejne przełęcze. Te na tablicach tadżyckich trąbią na nas radośnie (tzn. my tak sobie myślimy). Kitajscy kierowcy mijają nas bez żadnych emocji (ale wiemy juz ze chińczycy dużo emocji wkładają podczas posiłków i niesamowicie mlaskają i siorbią…). Więcej mijamy stad kóz i owiec. Czasami trzeba sie nawet zatrzymać, bo zajmują cala szerokość drogi.

Na M41 spotykamy czasami innych rowerzystów. I wszyscy jada w przeciwnym kierunku – w stronę Duszanbe. Francuz, Hiszpan, małżeństwo z Iranu i Słoweniec. Ona robi sobie z nami zdjęcie, bo mówi ze bardzo rzadko spotyka kobiety na rowerach. Potem dodaje czy może jechać z nami. No pewnie!!!! -odpowiadamy – dawaj z nami. I pewnie gdyby nie to ze mąż stoi obok pojechała by z nami, tym bardziej, ze my juz zjeżdżałyśmy z prędkością 40 km/h do Murgabu po pokonaniu kolejnej przeleczy.

Właśnie  – ciastka! motyw przewodni pamirskiej części naszej wyprawy. Chciałabym zaznaczyć na początku, ze my NIE jemy słodyczy jak to kobiety (wiecznie na diecie), ale przy takim wysiłku pozwalamy sobie na małe szaleństwo raz dziennie…. no dobra może i dwa razy;) Tylko ze czasami ciastka sie kończą. Kończą sie najczęściej gdy w promieniu 50 km nie ma żadnego sklepu ani nadziei, na to ze ktoś rzuci snickersem z marszutki w nasza stronę. Wtedy objadamy  z ciastek spotkanych na trasie Francuza i Hiszpana (sami sa ciachami godnymi grzechu;)), którzy jeszcze nie wiedza za kilka dni beda żałować tej hojności 😛 ale juz dzień później dzielimy sie nowozakupionymi ciasteczkami z Irańczykami. 🙂 W końcu do Murgabu zostało niecałe 40 km. Z górki. Czyli to co lubimy w przełęczach najbardziej. Podjazdy tez sa fajne, no ale nie oszukujmy się – kto z nas nie lubi zjeżdżać z przeleczy z prędkością 30-40km/h bez kasku (tzn. kask jest, gdzieś głęboko w sakwie, ale kto by sie przejmował :P). Spotkani rowerzyści kaski i owszem mają. Ale za to nie maja trzymiesięcznej wizy do Chin. I dziwią sie nam jakie to jesteśmy zorganizowane. Ciekawe czy tak samo myśleli nasi najbliżsi na kilka dni przed naszym wylotem, gdy widzieli ten chaos (no bo kto kupuje zapasową oponę w dzień wyjazdu, przykręca bagażnik czy podpisuje ubezpieczenie na kolanie w samochodzie gdzieś na autostradzie w stronę Warszawy).

Dojechałyśmy do Murgabu. Kontrola przez milicję na rogatkach miasta. Standardowe pytania: skąd? Dokąd? Ile lat? Mąż jest? Dzieci są? Teraz tylko znaleźć nocleg i dwa dni bez roweru. Za to z kąpielą. O tak 🙂

DSC01232 Michal Unolt DSC01200 Michal Unolt DSC01116 Michal Unolt DSC01252 Michal Unolt

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s